December 6th, 2006
X-Men (2000)
Wzór do naśladowania
"X-Men" Bryana Singera z roku 2000 to jeden z pierwszych filmów, które powstały na fali manii adaptowania komiksów na srebrny ekran. Jak już dziś dobrze wiemy, większość takich produkcji jest pełna mielizn technicznych, intelektualnych i interpretacyjnych (swoboda, z jaką scenarzyści przystosowują dla swoich potrzeb historie opowiedziane przez rysowników, bywa czasem powalająca). Udanych przeniesień jest naprawdę niewiele, a ich liczba wcale nie wzrasta z upływem lat tak szybko, jak by się tego chciało. Do udanych prób można zaliczyć między innymi pierwszą odsłonę "Spider-Mana" (choć i tak nie ustrzegła się ona licznych wpadek), burtonowskie "Batmany", legendarne już "Sin City" oraz... właśnie "X-Men". Tak jest drodzy czytelnicy - film z mutantami w roli główniej jest, jak dotąd, jedną z najlepszych adaptacji komiksu!
Gdy dochodzi się do kwestii fabuły i jej wierności względem komiksowego odpowiednika, napotyka się pewien problem. Mianowicie, po sukcesie pierwszych zeszytów "X-Men", powstało wiele historii alternatywnych, opiewających czyny ulubieńców amerykańskiej gawiedzi. Z tego też powodu, scenarzysta (David Hayter) mógł sobie pozwolić na pewną dowolność, a granica dopuszczalnego błędu była dość duża. Jak się okazało Hayter nie tylko nie przekroczył owej granicy, ale nawet nie popełnił żadnego rażącego w oczy błędu, dzięki czemu atmosfera oryginału została zachowana wręcz wyśmienicie. Widz staje się świadkiem zmagań między dwoma stronnictwami mutantów - podopiecznymi doktora Xaviera (Patrick Stewart) oraz pomagierami potężnego Magneto (Ian McKellan). Głównymi bohaterami są, oczywiście, osławiony i niezwykle popularny wśród czytelników Wolverine (Hugh Jackman), Storm (Halle Berry), Jean Gray (Famke Janssen), Rouge (Anna Paquin) oraz Cyclop (James Marsden). W opozycji stanął tabun komiksowych schwarz-charakterów oraz... demokratyczna ludność Stanów Zjednoczonych Ameryki. Absolutny klasyk!
Zaletą, która od razu rzuca się w oczy, jest idealne dopasowanie aktorów postaci. Za najlepszy dowód dobrego gustu osób odpowiedzialnych za casting można spokojnie uznać skojarzenie Hugh Jackmana z Wolverinem. Wygląd odpowiada w 100% komiksowemu wzorowi! Nie gorzej wypadli i pozostali bohaterowie - jedynie Halle Berry w roli Storm może trochę drażnić, ale jestem w stanie zrozumieć ten wybór (chociażby ze względu na sławę ex-dziewczyny Bonda). Co ważne, nie tylko strona wizualna postaci jest doskonała, ale również aktorstwo - wszyscy bardzo wiernie oddali charaktery swoich rysunkowych alter ego. Oczywiście, nie są to wyżyny umiejętności scenicznych rodem z dobrych dramatów, ale przecież "X-Men" to film akcji z krwi i kości, a nie rozczulacz. Bardzo cieszy mnie również fakt, iż David Hayter uwzględnił większość animozji między poszczególnymi bohaterami, co dodatkowo dodało smaku podczas oglądania.
Ważnym elementem filmów tego typu są, oczywiście, efekty specjalne. O te zadbano dość pieczołowicie, choć można mieć parę uwag. Szczególnie koślawo wyglądały niektóre długie skoki bohaterów oraz rozmaite akrobacje powietrzne. Kilka wybuchów również pozostawiało trochę do życzenia. Niemniej jednak efekt końcowy jest zadawalający - w szczególności, jeśli weźmie się poprawkę na rok produkcji. Dużym plusem są również niektóre choreografie walki wręcz - na tym tle najbardziej wybija się gibkość nieziemskiej Mystique (Rebecca Romijn-Stamos).
Po seansie z mutantami krąży po głowie tylko jedna myśl: "ja chcę więcej!". Nic dziwnego, skoro twórcy zadbali o wszystkie aspekty swojego filmu. Dobrze skonstruowane dialogi, nie przyprawiające widza o czkawkę i paniczny śmiech, wartka akcja, spójna historia, przyjemna muzyka - to są atuty, które powinna mieć każda adaptacja komiksu. Z drugiej strony, przez to, że więszkość tego typu produkcji jest zwyczajnie słaba, mamy możliwość docenić "X-Men" w jeszcze większym stopniu.
KoZa
>
December 2nd, 2006
X-Men 2
Kino akcji z ambicjami
"X-Men 2" to niezwykle sprawnie nakręcone kino akcji z ambicjami. Wydawać by się mogło, że to oksymoron, a jednak tak nie jest. Głównej myśli obrazu nie przesłaniają _ jak to zazwyczaj bywa _ efektowne zdjęcia, montaż czy muzyka, co oczywiście nie oznacza, że nie ma na co popatrzeć. Sposób poruszania się Nightcrawlera w pierwszych scenach produkcji zapiera dech w piersiach. Nie jest inaczej w przypadku choreograficznie dopieszczonych walk Wolverine_a z Yuriko Oyama czy sceny ucieczki Magneto z plastykowego więzienia. Ale podobnie jak pierwsza odsłona losów "innych" z niedalekiej przyszłości, tak i drugi film Singera zdaje się dokładnie podążać za intencjami autorów komiksu. "X-Men" powstał w latach 60., mniej więcej w tym samym okresie co "Spider-Man", "Hulk" i "Daredevil". Jego celem była walka z uprzedzeniami względem czarnoskórej społeczności Ameryki. Jednak komiks nie traci na ważności, jeśli mutantów utożsami się z innymi mniejszościami etnicznymi, wyznaniowymi czy seksualnymi. Ważne jest bowiem, iż zarówno rysunkowe historie jak i film dotykają zagadnienia tolerancji, która zdaje się być stanem niemalże nieosiągalnym dla człowieka. Ewoluujemy fizycznie, jednak mentalnie zdajemy się niekiedy pozostawać ciągle w epoce kamienia łupanego. I o tym właśnie jest "X-Men".
Film spodoba się więc zarówno wielbicielom komiksu jak i miłośnikom kina akcji. Jego konstrukcja, jak i sposób wprowadzania znanych już z pierwszej części obrazu oraz nowych bohaterów, nie powinien nastręczać problemów nawet tym, którzy nie widzieli poprzedniej produkcji. Wbrew pozorom nowy film Singera nie jest atrakcyjną zbitką efektów specjalnych, w których grono dobrych herosów walczy ze złem. Mimo nieprzeciętnych zdolności X-Meni to ludzie i tak jak oni ulegają pokusom, namiętnościom i mają prawo wyboru drogi postępowania. Stąd wielowątkowość obrazu, z którą reżyser radzi sobie doskonale. Co więcej, na tle losów aż trzech pokoleń mutantów Singer rysuje portret przestraszonych i marnych ludzi, którymi rządzi owczy pęd. Diagnoza rasy człowieczej jest wyraźna, nawet jeśli do jej nakreślenia twórcy filmu sięgają po melodramatyczne i nieco przerysowane środki. Ale widać tak musi być. Krzykliwa popkultura wymaga krzykliwych środków wypowiedzi. Może wtedy ludzie usłyszą jej przesłanie, bo nadal na świecie nie dzieje się najlepiej.
December 1st, 2006
X-Men 3 "Ostatni Bastion"
Mutanci idą na wojnę
"X-Men" to nie tylko komiksy - to zabawki, to kreskówki, to różnego rodzaju akcesoria z wizerunkami głównych bohaterów. To wreszcie jedna z najbardziej dochodowych serii filmowych i na pewno najlepszych ekranizacji komiksów ostatnich lat. W 2000 roku, młody reżyser Bryan Singer pokazał jak zręcznie łączyć komercyjne kino z historią, która wciąga i zmusza do przemyśleń. Twórca genialnych "Podejrzanych" postawił przede wszystkim na postacie, nakreślił nie tyle bohaterów, którzy przez 120 minut prezentują coraz to nowe umiejętności, ale ludzi niezwyczajnych, zmagających się z prawdziwymi, ludzkimi problemami. Obdzierając ich z krzykliwych kostiumów i zbędnej idealizacji pozwolił widzom w nich uwierzyć i rzeczywiście przejąć się losami mutantów. Gdy w 2003 roku do kin trafił "X-Men 2", trudno było uwierzyć własnym oczom. Singer nakręcił sequel lepszy od części pierwszej, jeszcze bardziej widowiskowy, a przy tym nie tracący nic z uniwersalnej problematyki tolerancji. Dlatego, gdy okazało się, że reżyser pierwszych dwóch części rezygnuje z "trójki" na rzecz konkurencji - jakiegoś tam Supermana, należałem do rzeszy fanów, lekko mówiąc, zawiedzionych tym faktem.
Producenci mieli spory kłopot ze znalezieniem zastępstwa, stanęło ostatecznie na Brett'cie Ratnerze - wyjadaczu kina komercyjnego. Twórca serii "Godzin szczytu" zna się na robieniu kasy, ale nikt mu jeszcze nie dał na jeden film 160 milionów dolarów niesamowitego potencjału oraz siły rozpędowej jaką niewątpliwie są "jedynka" i "dwójka". Nie mówiąc już o plejadzie gwiazd. Pytanie samo się nasuwa: Czy umiejętnie spożytkował ten potencjał?
"Ostatni bastion" przedstawia czasy, gdy ludzie i mutanci żyją już razem w zgodzie. Wszyscy są szczęśliwi do czasu, gdy pewien naukowiec wykorzystując niezwykłego chłopca wynajduje "lekarstwo" - remedium niszczące gen X. I tu pojawia się drobny problem dzielący społeczność mutantów na dwa obozy. Czy nadludzkie umiejętności to rzeczywiście uleczalna choroba, czy inna normalność, której tak jak kolor skóry - nie powinno się leczyć? Okazja to do niezwykłego ukazania istoty odmienności. Twórcom się to udało, przedstawili posiadanie genu X zarówno jako dar jak i przekleństwo. To jednak trochę za mało...
Scenariusz autorstwa Zaka Penna i Simona Kinberga to mistrzostwo kompresji. W nieco ponad 100-minutowym filmie upchnęli jakimś cudem dwa słynne cykle serii przygód mutantów, "Astonishing X-Men" i "Dark Phoenix Saga" (przy czym ta ostatnia jest jedną z najobszerniejszych). Niestety, to nie był najszczęśliwszy pomysł. Po niezwykle wiarygodnych postaciach w filmach Singera, twórcy pokazali wszystkim język. Do znanych z poprzednich części bohaterów takich jak Storm, Wolverine, Magneto, Doktor X, Ruda, czy Iceman, scenarzyści dorzucili... drugie tyle. Przy tym nie mogę wybaczyć kompletnego zignorowania tak bogato przedstawionego w "X-Men 2" Nightcrawlera - wielka strata. Ta mnogość bohaterów doprowadziła do tego, że nowych nie jesteśmy w stanie poznać, a już znani odchodzą niemal na drugi plan. Jean Grey ograniczono do srogiej miny, a Cyklopa twórcy pozbywają się zanim widz zdąży znaleźć swoje miejsce na sali kinowej. Poznajemy natomiast Bestię jako mutanta o niezwykłej przeszłości, czy Anioła, który kreowany przez promocje filmu na jedną z głównych postaci, odzywa się w filmie z pięć razy - z czego są to wypowiedzi nad wyraz okrojone. Na szczęście zaniedbanie bohaterów nie odbija się na aktorstwie, którego poziom pozostaje wysoki do samego końca.
Do zalet można zaliczyć efekty specjalne. Od kilkunastu lat w niepisanym prawie Hollywoodu zakreśla się nowa zasada: "Kręcisz sequel? Ma być większy, głośniejszy, droższy i bardziej wybuchowy." To chyba właśnie Ratner jest autorem klauzuli, bo jeśli "X-Men 2" było dla Was efekciarskie, to "Ostatni bastion" wgniecie co niektórych głęboko w podłogę. Niebotyczny - nawet jak na amerykańskie warunki - budżet poszedł na fenomenalne widowisko. Ciarki przechodzą po plecach na samo wspomnienie wyczynów Jean w jej rodzinnym domu, czy chociażby efekt prac budowlanych Magneto na moście Golden Gate w San Francisco. Jeśli mowa o doznaniach czysto wizualnych, nie można nie wspomnieć o choreografiach bitew i prezentacji coraz to wymyślniejszych umiejętności mutantów.
Reżyser postawił na szybką akcję - chwyta widza za gardło i nie puszcza do samego końca. Prędka narracja może grozić częstymi potknięciami, na szczęście tych w filmie niewiele. Przynajmniej w tej części, gdzie chodzi o popis wyobraźni twórców. Mimo wszystko pozostaje pewien żal, że Ratner postawił na wybuchy i demolki, udało mu się bowiem wpleść w fabułę sporo dramatów, które giną gdzieś pośród pirotechnicznych wariacji i patetycznej muzyki Johna Powella. Seans wizualnie wypasionej historii przynosi zatem dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że "X-Men 3: Ostatni bastion" to mimo wielu wad nadal jedna z lepszych komiksowych ekranizacji, a zła: mimo wszystko z tego potencjału mogło wyjść coś więcej. Jakby to Mickiewicz powiedział: "Piękny kościół, ale bez Boga".
bubas